
Ja niestety mogłam wziąć udział tylko w dwóch sesjach. Na pierwszy ogień poszła frywolitka. No cóż, jak na razie- by pozostać w sportowych klimatach- frywolitka prowadzi jeden do zera. A może nawet dwa do zera, albo zgoła wynik jest tak przytłaczający, jak różnica goli w meczu Hiszpania- Irlandia :) Na pociechę pozostaje mi myśl, że do etapu łez jak groch, którymi oblewałam początki szydełkowania jeszcze mi daleko, więc nadzieja jakaś jest.
Drugim wybranym przez mnie warsztatem była wiklina. Okazało się jednak, że nie tyle o wiklinę idzie, co o wyplatanie ozdób z gałązek brzozowych, co mi wcale nie przeszkadzało.
Poza warsztatami odbywał się też kiermasz rękodzieła wszelakiego (a jakże, zakupy zostały poczynione). Miałam też niepowtarzalną okazję spotkania na żywo Apuni i Bulmy- osób, których twórczość do tej pory podziwiałam tylko blogowo. A dzięki rozmowom przy straganach poznałam Natalię i cudeńka, jakie wychodzą spod jej rąk.
Z tego wszystkiego nawet zdjęć za bardzo nie robiłam, czego teraz żałuję.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz