środa, 3 listopada 2010

Efekty SZALeństwa

Udało mi się skończyć szal. Całe 45 centymetrów szerokości i 175 długości. Do perfekcji jeszcze daleko, ale przynajmniej wiem, że potrafię :)
Pierwsze dni po zmianie czasu zaskakują mnie zbyt szybko nadchodzącą ciemnością, więc dziś tylko mała próbka zdjęciowa w warunkach sztucznooświetleniowych, a jak się uda złapać trochę pogody i słońca, może będzie jaka cała okazałość.

sobota, 30 października 2010

..."znów wędrujemy ciepłym krajem
Malachitową łąką morza
Ptaki powrotne umierają
Wśród pomarańczy na bezdrożach"....

- śpiewa Grzegorz Turnau, co sobie przypomniałam, poczyniwszy w ramach eksperymentu moją pierwszą torebkę filcową, w Pracowni Kreatywności rzecz jasna. Torebka miała być taka sobie kolorowo-łąkowa, ale łąka wszystkim jakoś zaczęła się kojarzyć z rafą koralową (oprócz skojarzeń z wakacjami i latem, co było w zamyśle), więc jakoś tak mi się ten Turnau przypomniał. Co prawda moja łąka malachitowa nie bardzo, ale co tam.
A najbardziej dumna jestem z tego, że własnoręcznie wszyłam podszewkę, którą poprzednio własnoręcznie uszyłam przy pomocy liczącej sobie sporo lat singerki. Biorąc pod uwagę, że to moje pierwsze takie doświadczenie, to z dumy aż puchnę.

Korzystam też z faktu, że pogoda nas rozpieszcza, jesień w postaci mojej ulubionej, więc wędruję sobie tu i ówdzie po okolicy.




piątek, 22 października 2010

Na szybko

Moja przesyłka dotarła do Lucyny (Po nitce do kłębka), więc wrzucam fotki. Kiepskie, bo oczywiście o obfoceniu przypomniałam sobie dopiero głębokim wieczorem :)
A w paczuszce znalazły się: czerwone gwiazdki na choinkę albo do innej dekoracji
niebieskie rękawiczki z jednym palcem i obowiązkowo na sznureczku ;)
żółty kwiatek-broszka
...i oczywiście motylek, który powoli wyrasta do mojej produkcji firmowej

wtorek, 19 października 2010

Rozmaitości wszelakie

Będzie dziś kolorowo i zdjęciowo. Po pierwsze wczoraj czekała na mnie cudowna niespodzianka czyli przesyłka z kolorowej wymianki. Znalazłam w niej piękną czerwoną serwetkę, dzięki której w domu zapachniało już świętami, niebieską łapkę w kształcie foczki (jak tu używać takiego cuda??? Na razie leży w formie serwetki na parapecie :)) oraz łapkę żółciutką jak słońce która natychmiast zawisła przy piecu i już zdążyła uratować moje palce przed ciepłym garnkiem. Zostałam też rozpieszczona całym mnóstwem rozmaitych słodkości. Wszystko to zawdzięczam Basi- Maurycjuszowi którą możecie odwiedzić tutaj.

Dziękuję, Basiu, za tę wspaniałą niespodziankę :) Moja przesyłeczka wędruje na razie przez Polskę. Mam nadzieję, że nie nadużyję cierpliwości adresatki i wkrótce dotrze do celu.




Tymczasem u mnie rozpoczął się sezon powolnych przygotowań do świąt czyli produkcji wszelakich ozdób choinkowych, zwłaszcza że co najmniej trzy osoby już mnie pytały, czy zorganizuję w pracy jakiś kiermasz w tej dziedzinie. W każdej wolnej chwili powstają zatem gwiazdki (co widać na załączonym obrazku) i dzwoneczki (czego jeszcze nie widać, bo wykańczać będę hurtowo), a w planach jeszcze aniołki. Hmm... właściwie stwierdzenie "w każdej wolnej chwili" nie oddaje w pełni rzeczywistości. Na ten przykład byłam w miniony weekend na szkoleniu pierwszej pomocy prowadzonym przez GOPR. Jako że ludzie generalnie byli pozytywnie zakręceni, a ja podzielność uwagi posiadam w stopniu wysoko rozwiniętym, nie patyczkowałam się specjalnie i w czasie wykładów oprócz notatek wykonywałam też gwiazdki obfocone wyżej. Odpowiednie zainteresowanie było, czemu nie. No i wszystko było świetnie aż do chwili, kiedy trzeba się było przeegzaminować na komputerowym fantomie, a panowie prowadzący szkolenie rzucili komentarz "Noo, widać, że dziewczyna krzepę w rękach od tego szydełka ma..." Mały włos, a myślałam, ze trzeba będzie reanimować mnie, bo oczywiście duszący śmiech mnie dopadł. Ale dałam radę! Na koniec jeszcze trochę cudownej, złotej jesieni w wydaniu buczynowym. Rudo, złoto, ogniście, intensywnie- tak, jak lubię najbardziej.

piątek, 1 października 2010

Na odmianę

Na odmianę dałam się skusić na rozpoczęcie przygody z filcowaniem. Jako lajkonik kompletny udałam się na odpowiedni kurs, organizowany tutaj gdzie w miłej atmosferze poznałam pierwsze tajniki sztuki i stworzyłam taki oto kwiat, który ożywia deszczowe, szare dni:A poza tym cierpliwie dziergam szal- już go jest 2/3, więc pewnie wkrótce będzie prezentacja :)

czwartek, 23 września 2010

oSZALałam

Szaleństwo jesienne rozpoczęło się od wizyty na Włóćzkomanii. Pooglądałam (hmm, oglądałam nie wiem ile, bo popadłam w lekki stuporek za sprawą tych wszystkich pięknych szali i chust, że o innych rzeczach nie wspomnę) i oczywiście natychmiast i z całej duszy zapragnęłam... A otóż nie, nawet nie posiadać, bo z podróży na koniec świata przywlokłam sobie takie szalowe cuda, co widać na załączonych obrazkach. Niebieski na pierwszym zdjęciu pochodzi z Nowej Zelandii (produkcja firmy Koru) . Biały szal i chusta przyjechały z Rosji, z Orenburga. "Orenburżski płatok" to taka ichniejsza ręcznie robiona specjalność znana na cały kraj. Kupione od babuszek na targu i mimo że są cieniuteńkie (szal osobiście przeciągałam przez środek pierścionka- przeszedł!), to grzeją w sam raz na największe mrozy. To jeszcze z rozpędu powiem, że występują w dwóch kolorach- białym i szarym

Otóż zapragnęłam szal ZROBIĆ sama. Tak sobie z beznadziejności wstukałam w google tytuł książki ("Knitted Lace of Estonia") i ku mojemu zdziwieniu okazało się, że proszę bardzo, w Empiku można sobie zamówić. No to zamówiłam sobie, pod pretekstem prezentu bez okazji i pozostało tylko cierpliwie czekać. W międzyczasie wymyśliłam sobie, kogo tym moim pierwszym szalem obdaruję (zakładając pomyślny wynik dziergania), nabyłam cudną Himalayę w kolorze brudny róż, (podpatrzywszy, co lubi wybrana osoba i dla pewności, że szala nie zdefrauduję dla siebie, bo za takim kolorem na sobie nie przepadam) oraz odszukałam zapodziane gdzieś od lat druty.
Książka przybyła nawet szybko, a że palce mnie swędziały od niecierpliwości, jeszcze tego samego wieczoru, w drodze na slajdowisko górskie pogalopowałam ją odebrać. I to był bardzo dobry pomysł, bo panu prowadzącemu miałam ochotę zacytować Petroniusza ("pal, gwałć, zabijaj, ale NIE OPOWIADAJ nic więcej":) ). Zamiast się więc denerwować, zaczęłam sobie oglądać obrazki i popadać w coraz większy zachwyt. Po czym popadać w depresję, bo stwierdziłam, że angielskie skrótowe opisy mnie rozwalają i cienko widzę odczytywanie schematów. Po czym wpadłam na genialny pomysł, jeszcze raz zajrzałam na Włóczkomanię, skorzystałam ze słowniczka i schematy mi się rozjaśniły. Mniej więcej.
Raz kozie śmierć... Wybrałam wzór (Lilac leaf czyli bzowe liście) i z lekkim drżeniem (a może tak spróbować najpierw na jakimś byle czym, czy wychodzi?...) nabrałam oczka i ruszyłam. Po dwóch rzędach stwierdziłam, że schematy to bułka z masłem, wszystko wyoślone jak dla kogo głupiego. Po następnych paru- że wzór na drucie właściwie sam się prosi o odpowiednie przekładanie oczek. Żeby nie było zbyt różowo- pomyłka też mi się zdarzyła, więc teraz pracuję ze wzmożoną czujnością. Przybywa powoli, bo oczywiście zajmuję się jak zwykle mnóstwem innych rzeczy- np. przygotowaniem fantów na kolorową wymiankę. Czerwony już właściwie gotowy.
Na koniec jeszcze trochę pięknej jesieni- obrazek z dzisiejszego spaceru. To chyba moja najulubieńsza pora roku.



piątek, 10 września 2010

koloroterapia

Niessspodziewanie jesień przyszła i to w wersji niekoniecznie sympatycznej. Jeszcze człowiek myślami na wakacjach, jeszcze w góry by bryknął, a tu nie- deszcz i zimno. Nic więc dziwnego że na ten stan szarości, spotęgowanej nawałem papierkowej roboty po powrocie do pracy postanowiłam zastosować koloroterapię, tym bardziej, że nieopatrznie wstąpiłam do ulubionej pasmanterii, gdzie cudna bawełna po prostu się do mnie śmiała. Musiałam jej ulec i już! Koloroterapia wyszła w formie ptaszków w postaci do zawieszenia gdziekolwiek. Na kwiatku. Na korkowej tablicy.Albo na choince- bo z przerażeniem niejakim znalazłam ostatnio w kalendarzu notatkę "zacząć ozdoby świąteczne". No to zaczynam.
Ponadto rzutem na taśmę w ostatniej chwili zgłaszam ptaszory na folklorowe szufladowe wyzwanie. W moich stronach kolorowe drewniane ptaszki (tudzież koniki, ale to już inna historia) to typowe akcesoria lokalne. Miałam takiego jednego do towarzystwa posadzić na fotce, ale oczywiście przypomniałam sobie już po fakcie. Czyli teraz.
W mojej wersji ptaszek składa się z obrobionego szydełkiem kamyka pochodzenia okolicznego, piórek z wakacyjnej wymianki (mówiłam, że pomysł na nie miałam od pierwszego wejrzenia?) oraz drewnianych koralików.
Koloroterapia ma jeszcze jeden smakowity aspekt- czekoladowe ciasto z wyczekanymi z utęsknieniem późnymi malinami prosto z ogródka. Pycha!